[Tytuł to cytat z Salonu Niezależnych, żeby na mnie nie było :)]
Jedną z niezgłębionych tajemnic wszechświata pozostaje dla mnie regionalna komunikacja autobusowa, zwana potocznie pekaesem. (Chciałem napisać "pekaesami", ale pekaesami to potocznie zwane są baki, a nie komunikacja.)
O co mi chodzi, opiszę na przykładzie. Data: 29. kwietnia 2009, Cel: Kartuzy, Środek lokomocji: Autobus, ponieważ ostatni pociąg osobowy do Kartuz odjechał w roku 2003, w dodatku wcale nie z Gdyni.
Zgodnie z logiką dziecka ery cyfrowej, zaczynam od poszukania rozkładu jazdy w internecie. Rozkłady są, przeróżne. Niektóre się nie otwierają, inne mają w bazie tylko trzech przewoźników na krzyż, jeszcze inne ostatnio aktualizowane były zapewne w ubiegłym stuleciu. Są też strony, które chwalą się posiadaniem wspaniałych rozkładów, ale jak się okazuje przekierowują tylko do stron uprzednio wymienionych. Całkiem jak strony z galeriami porno :]
Mozna oczywiscie spróbować wejść po kolei na stronę każdego przewoźnika jeżdżącego w danym regionie i tam poszukać dogodnego połączenia. Problem jednak w tym, że po pierwsze primo - nie każdy przewoźnik ma stronę z rozkłądem, po drugie primo - nie muszę znać wszystkich przewoźników obsługujących dane miasto. Kiedy szukałem pekaesu z Wrocławia do Kłodzka, okazało się , ze tą trasę obsługują: PKS Kłodzko, PKS Leszno, PKS Puławy, PKS Oława, PKS Sieradz, PKS Warszawa, PKS Wrocław i PKS Gorzów Wlkp. A mozliwe, że jeszcze któregoś przeoczyłem.
W końcu znalazłem porządnie i kompletnie wyglądający rozkład, z intuicyjną przeglądarką. W tej sytuacji po prostu cudo. Niech mi tylko ktoś wyjaśni, dlaczego jest tak przemyślnie ukryty. Rozkład znajduje się na stronie Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji, w zakładce "Elektroniczny RJA". Czyż to nie oczywiste? :P Gwoli ścisłości musze przyznać, że ten sam rozkład można znaleźc wchodząc na stronę autobusowyrozkladjazdy.pl, tylko że po wpisaniu w google "pekaes rozkład" tej strony nie ma w pierwszej 20 wyników.
Wiem już, o której mam pekaes, udaję się więc na plac, szumnie nazywany w Gdyni dworcem autobusowym. Chciałbym się jeszcze na miejscu upewnić, czy autobus rzeczywiście odjeżdża tak, jak było podane w sieci. Niestety, gdyński dworzec autobusowy, jak już wspomniałem, składa się z placu. Budynku dworca niet. Co bardziej spostrzegawczy podróżni znajdą w mało uczęszczanym zakamarku budynku dworca kolejowego pomieszczenie, w którym - wedle szyldu - mieści się informacja i kasa PKS. Na ścianie wiszą rozkłady jazdy, jednak tylko PKS Wejherowo. Podchodzimy więc do pani w okienku i próbujemy zadać pytanie. Pani spogląda na nas spode łba, po czym ostentacyjnie odwraca się w kierunku koleżanki przy biurku obok w celu kontynuowania rozmowy, piłowania paznokci oraz spożywania posiłku. Niezrażeni pytamy, gdzie można znaleźć inne rozkłady. Pani udaje, że nie słyszy, ale widząc, że łatwo nie zrezygnujemy, z irytacją stwierdza "Jakie inne? Tu jest Wejherowo, tu nie ma innych."
Nie da się ukryć, mówi prawdę, innych rzeczywiście nie ma. Chociaż ze stwierdzeniem "Tu jest Wejherowo" moglibyśmy polemizować. Wychodzimy więc z dworca i postanawiamy poszukać na stanowiskach (czy też, jak mówią niektórzy, peronach. Hmm, peron autobusowy?...) Wycieczka po sześciu, rozrzuconych po całym placu stanowiskach, pozwala nam stwierdzić, że na niektórych wisi kilka rozkładów, jednak żaden z nich nas nie interesuje. Po krótkim rozejrzeniu się, odnajdujemy dwie tablice z rozkładem jazdy, stojące w jakby nie do końca najbardziej oczywistym miejscu. Ale może ja się nie znam.
Tablice okazują się zawierać rozkład dla PKS Wejherowo i Veolia Transport Gdynia (aha, to dlatego nie mogłem znaleźc strony PKS Gdynia!). Poprawki naniesiono zwykłym czarnym, ledwo widocznym, pisakiem. Niestety, okazuje się, że w internecie nikt tych poprawek pisakiem nie naniósł. W związku z tym, nasz autobus odjeżdża pół godziny później niż powinien. Ale przynajmniej wiemy, że jest i odjedzie. Nawet widać go, jak stoi z groźnym wyrazem maski i tabliczką ZBYSZEK za szybą.
Sama podróż przebiegła już całkiem szybko i nawet dość wygodnie. Może tylko wolałbym, żeby kierowca przy wyjeżdżaniu z przystanków ustępował pierwszeństwa jadącym samochodom. Bo jeden zatrzymał się 10 cm od mojego siedzenia. Ale pewnie się czepiam...
Nadmienię tylko, że podróż powrotna wymagała ponownego odbycia powyższego rytuału (brak rozkładów, zirytowany facet w okienku, szukanie przystanku itd.).
I to właściwie tyle. Morału nie przewidziałem. Ale za to mam już w głowie 3 kolejne notki :)
Pisałem dzisiaj (przy okazji zapraszam na www.toprally.pl) o zaprezentowanym właśnie brand identity ("tożsamość wizualna" oddaje sens, ale brzmi głupio) nowego wyścigu w kalendarzu F1, czyli GP Korei. Zaczną się tam ścigać od przyszłego sezonu.
To, ze prezentuje się logo i i tym podobne bajery, to normalne. Ale oczywiście Azjaci nie byliby sobą, gdyby nie zrobili z tego logo najbardziej symbolicznego obrazka w historii sportu. Bo oto co możemy przeczytać w komunikacie prasowym:
"Idea tożsamości marki GP Korei
opiera się na podobieństwie do flagi państwowej Korei Południowej.
Koreańska flaga, znana jako Taegeukgi, składa się z trzech części:
-białe tło symbolizuje czystość ludzi;
- umieszczony centralnie czerwono-niebieski symbol taegeuk (znany też
jako yin-yang) to reprezentacja początku wszystkich rzeczy we
wszechświecie, gdzie Yin to aspekt negatywny, a Yang pozytywny; oba
aspekty pozostają w doskonałej równowadze, tworząc jedność
symbolizującą ciągły ruch wszystkiego w nieskończoności;
- cztery czarne trygramy, po jednym w każdym rogu, symbolizujące cztery żywioły."
(Musiałem sprawdzić jak są po polsku "trigrams", to takie jakieś wschodnioazjatyckie symbole)
Zaczyna się nieźle. Tylko co to do wuja wafla ma wspólnego z identyfikacją wizualną czy tożsamością marki? No nic, czytamy dalej:
"Przedstawiona tożsamość marki
opiera się na wyobrażeniu bolidu F1 wraz z napisem “F1 Korean Grand
Prix 2010”, w kolorach czarnym i czerwonym.
Cztery trygramy są wkomponowane w kształt opon bolidu, podkreślając
unikatowość wizerunku Korei. Dodatkowo, trygramy są pochylone pod kątem
30 stopni, podobnie jak na koreańskiej fladze, co symbolizuje koreańską
czułość i równocześnie opisuje prędkość samochodu wyścigowego."
Noo, nieźle, neźle. Słowo trygram będzie chyba moim słówkiem tygodnia :) Zaczyna się robić coraz ciekawiej...
"Cztery trygramy noszą nazwy: Geon,
Gon, Gam i Ri. Symbolizują kolejno: niebo, ziemię, Księżyc i Słońce.
Nowym elementem w tożsamości marki jest wiatr, będący wizualnym
przedstawieniem uczucia prędkości. Wszystko to ma na celu uzyskanie
delikatnej równowagi pomiędzy kulturami Wschodu i Zachodu.
Czarny i czerwony to kolory wybrane na podstawie badania opinii. Według
badanych to właśnie te kolory najbardziej kojarzą się z Formułą 1.
Czerwony to urok i pasja, czarny to godność."
A więc urok, pasja i godność... Mam mocno uzasadnione podejrzenia, że respondenci tego badania są skośnoocy i mają lekko żółty odcień skóry. Gdyby zapytali się w Europie, pewnie wyszłoby prędkość, prędkość i jeszcze raz pieniądze.
A żeby sobie nikt nie pomyślał, że to jest jakieś niewiadomoco, na koniec dostajemy informację:
"System tożsamości marki GP Korei
został oceniony bardzo wysoko, jako przykład projektu zrozumiałego dla
fanów sportu na całym świecie, zawierającego jednak unikalnie
koreańskie elementy."
No i wychodzi, że to tylko my jesteśmy głąb i nie rozumiemy symboliki trygramów połączonej z yin-yang... przepraszam - taegeuk. Bo inteligentni ludzie ocenili projekt bardzo wysoko i jako zrozumiały. Shame on us, po prostu.
Aha, logo... tfu, co ja mówię... system tożsamosci marki wygląda tak.
Ray Wilson to taki pan, który ma cudowny głos i pisze bardzo ładne piosenki na gitarę, a potem je na tej gitarze pięknie gra :)
Szerzej dał sie zauważyć w zespole Stiltskin, który w 1994 roku wylansował przebój "Inside". A właściwie wylansowała ten przebój reklama, bodajże Levisów. Niestety, chłopaki się coś nie dogadali i Stiltskin się skończył po jednej płycie i jednym przeboju.
Potem przyszedł rok 1997 i Ray został wokalistą wielkiego Genesis, wchodząc w buty Phila Collinsa i Petera Gabriela.Niestety, płyta "Calling All Stations" sprzedała się słabo, a w Stanach już zupełnie przepadła (do tego stopnia, że ją wycofano ze sprzedaży). Szczerze mówiąc, nie wiem czemu, bo to naprawdę dobra płyta. I były z niej dobre single - takie "Congo" kojarzy chyba większosć, a "Not About Us" i "Shipwrecked" też są bardzo przyjemne.
No ale faktem jest, ze przepadła. Winę zwalono na Raya, bo był nowy. I po cichu wywalono go z zespołu. Przeżył to chłopak niezbyt dobrze, kilka lat zajęło mu pozbieranie się do kupy. Od tego czasu nagrał kilka płyt solowych, a lat temu bodajże 3 reaktywował Stiltskin. A właściwie założył nowy zespół pod starą nazwą, bo z tamtym Stiltskin nie mają wiele wspólnego. Ale na szczęście nadal dobrze grają :)
Bywalcy klubów mogą jeszcze kojarzyć Raya z przeróbki jego przejmującej piosenki "Another Day", której dokonał Armin van Buuren, czy jak mu tam, pod tytułem "Yet Another Day". Podobno to był wielki hit, nie wiem bo w klubach bywam z rzadka i z krótka.
Swoją drogą to dziwny pomysł, żeby z piosenki opowiadającej o samobójstwie nastolatka zrobić klubowy hit.
A piszę o tym dlatego, że Ray Wilson z zespołem jest teraz w trasie po Polsce. W ostatnią niedzielę grali w Trójce, z transmisją na antenie, koncert trwał prawie godzinę i 40 minut (normalnie trwają 55 minut mniej więcej). A w najbliższą niedzielę będą w Sopocie. I chyba się wybiorę, chociaż 50 złotych to niemały pieniądz.
Edyt: Napływają zewsząd skargi, że nie wiadomo kim jest Ray Wilson. Więc oto hereby kilka jego znańszych utworów. Pierwszy to "Inside" Stitskin, drugi "Congo" Genesis, czszeci "Another Day" oryginalnie nagrany jako Cut_ ale tu w wykonaniu koncertowym Raya z bandą... zespołem znaczy. Dalej mamy "Space Oddity" Davida Bowie i "Not about Us" Genesis, tutaj razem z RPWL. A na koniec moja ukochana "The Airport Song" :D
Numer Jeden wydawał się być miły i przytulny, ale i równocześnie niezdecydowany. A że ja do wyrywnych nie należę, ani przyciskać do muru nie lubię, rozeszło się wszystko po kościach. Było "żałuję", było "przepraszam"i był mój, wtedy jeszcze typowy dla mnie, agresywno-obrażony sms. A potem było płakanie w poduszkę.
Numer Dwa był wizualnie zdecydowanie w moim typie, zresztą dalej jest i zresztą nie tylko wizualnie. Zafundował mi niechcący ogromną ilość złych myśli i nerwów, kiedy nie byłem pewien co z tego będzie. A nie było nic, bo nie zauważył moich oczekiwań. A nawet gdyby zauważył, i tak nie byłby zainteresowany. Potem były dwa paskudne wieczory w moim wykonaniu, kiedy stanął na wysokości zadania. I kilka tygodni, podczas których zrozumiałem co znaczy "ból istnienia". Bolało naprawdę. I nie chcę się tak czuć już nigdy więcej.
Numer Trzy trafił mnie nagle i niespodziewanie (czy to nie pleonazm przypadkiem?), jak nigdy wcześniej. Trafił, zafundował kilka niezwykle przyjemnych chwil, narobił nadziei. A potem dał mi metaforycznie w mordę i się obudziłem. Chociaż nie, wtedy jeszcze nie obudziłem się. Wtedy jeszcze nie rozumiałem co się stało, a on nie miał zamiaru wyjaśnić. Niestety, samo mówienie "przepraszam" po jakimś czasie przestaje wystarczać, a zaczyna irytować.Więc próbowałem go przycisnąć, niemrawo - bo jak już nadmieniłem, nie jestem zbyt wyrywny i przyciskający. Aż straciłem cierpliwość. I dostałem w mordę drugi raz, tym razem skuteczniej, bo zbierałem się z podłogi dość długo. Potem... Powiedzmy po prostu, że jeszcze nigdy wcześniej nie przepraszałem nikogo dwukrotnie. I nigdy wcześniej nie zostałem dwukrotnie zignorowany. Smutek zamienił się w niesmak, żal pozostał.
Z pierwszym widziałem się od tego czasu raz, właściwie sam nie wiem czemu tylko raz. Czasem myślę, żeby się odezwać. Ale od jakiegoś czasu przestał odpowiadać. Z drugim widujemy się w miarę regularnie, na ile nam nasze napięte harmonogramy i dość puste portfele pozwalają ;) I dalej bym go chętnie zaciągnął do łóżka, ale skoro nie chce, to nie mam zamiaru komplikować naszej znajomości. Trzeciego widzę codziennie jako awatar na gg. I od czasu do czasu spojrzę na last.fm, czego słucha. Tak jakoś... Wtedy zwykle nachodzi mnie myśl: Czemu tylu, wydawałoby się fajnych chłopaków, lubi Coldplay? ;)
Dzięki pierwszemu stałem się (trochę) bardziej zdecydowany w kontaktach z chłopakami i nauczyłem się reagować spokojniej, kiedy nie wszystko idzie po mojej myśli. Dzięki drugiemu odkryłem w sobie ogromne pokłady wewnętrznej siły i nauczyłem się przyjmować porażkę z pokorą (umiarkowaną ;) ). Dzięki trzeciemu przestałem skakać na główkę do basenu, zanim upewnię się że napuścili wody. Czwartego na razie nie przewiduję, bo pomimo wszystkich pozytywnych rzeczy jakie postarałem się z ubiegłorocznych przygód wyciągnąć, ciągle jeszcze zbyt wiele blizn jest świeżych. Niech się zagoją na dobre, wtedy poszukam :)
Tak... tak... to ja (cytat z Ob. G.C. rzecz jasna :P ) Znowu naszła mnie ochota przelewania myśli, uczuć i emocji na ekran. Zobaczymy na jak długo tym razem...
Od ostatniego wpisu zmieniło się niewiele. Aczkolwiek to niewiele było bardzo znaczące, do dzisiaj jeszcze nie do końca wróciłem do normy. No ale tak to jest, pewne zdarzenia i osoby zostawiają zadziwiająco trwałe ślady jak na niewielką ilość czasoprzestrzeni jaką zajmowały w moim życiu.
Nie jestem pewien czy to dobrze, ale chyba tak - jeśli zignoruje się zakończenia i sięgnie pamięcią odpowiednio daleko wstecz, to jest przynajmniej kilka miłych wspomnień :)
Sam siedzę daleko od siebie nawet opuścił mnie mój cień I nic nie dzieje się w głowie mej Chory bałagan nic się nie zgadza żadna kurwa i żadna mać Wołam
Widzę, że niewiele rozumiesz z tego co czuję Głośno nie mówię nic a nic umiem schować się w tłumie Idiotycznych kombinacji i poharatanych serc Coś co mogło znaczyć coś raczej już nie znaczy nic Mało istotne szczegóły nieruchome obrazy Martwe morze i martwy punkt
Sam siedzę daleko od siebie nawet opuścił mnie mój cień I nic nie dzieje się w głowie mej Wcale nie jest dziwne że wrogów się boję mniej Bardziej przyjaciół Ty chyba tez coś o tym wiesz Jak tam ci?
Któregoś dnia kupię sobie psa Przynajmniej będę miał co kopać z rana
a) matką głupich b) umiera ostatnia c) to pierwszy krok ku rozczarowaniu d) może i jest matką głupich, ale dba o swoje dzieci e) matką pomarańczy f) wieś w powiecie parczewskim, w gminie Siemień
Proszę wybrać swoją odpowiedź i udać się do kasy. Reklamacje nie będą uwzględniane.
Cóż, w sumie chyba nic nie musisz odpowiadać. Chciałem się tylko upewnić czy przeczytałeś. ...
No widzisz, tyle ról do obsadzenia, a ja się z moim szczęściem jak zwykle do żadnej nie załapałem ...
Obaj wiemy jak sprawy stoją. Ty wiesz, że ja bym chciał. Ja wiem że chciałbym za dużo. Kropka ...
Po raz tysięczny w ostatnim czasie użyję tego stwierdzenia: Nadzieja to pierwszy krok do rozczarowania ...
Wiesz, zjawiłeś się w odpowiednim momencie żeby spełnić rolę klina po poprzednim nieudanym związku. I spełniłeś ją obawiam się aż za dobrze. Potrzebowałem kogoś kto zajmie moje myśli czym innym. Ale nie planowałem, że aż tak. ...
Jak to jest że to zawsze u mnie działa tylko w jedną stronę. Albo ja, albo mnie. Ale nigdy oba na raz... ...
Wyobraź sobie, że zupełnie mnie to nie bawi wiedząc, że to chodzi o ciebie ...
Wiem. I wiem, ze to zupełnie nie jest twoja wina. Ale na kogoś muszę być zły. Oprócz tego oczywiście, że jestem zły na siebie. ...
Kiedy będziesz miał czas na ostatnie spotkanie? Bo inaczej tego nie widzę. Za mocno mnie trafiło, żebym mógł spokojnie się z tobą spotykać wiedząc że mogę sobie tylko widoczki pooglądać. Poza tym jak się rozdrapuje to się gorzej goi. ...
Mógłbym w sumie stwierdzić, że przynajmniej konkurencja sie zmniejszy. Ale problem w tym, że nie zostałem dopuszczony do startu w tych zawodach. ...
Nie odbieraj tego proszę jako jakiejś próby wymuszenia współczucia, czy czegoś takiego. Ale tak mocno jak teraz, trafiło mnie wcześniej chyba tylko raz. ...
Więc masz wątpliwy zaszczyt być wśród tych osób, które prawdopodobnie zabiorą mi na zawsze całkiem spory kawałek głowy. ...
Zresztą nie mogę powiedzieć nawet teraz żebym miał jakieś negatywne emocje wobec ciebie. Tak jak mówiłem, jestem zły, ale raczej na siebie. A smutek, rozczarowanie i uczucie przegranej nie są skierowane na nikogo. Po prostu są. ...
Przecież sam najlepiej wiesz, że walka nic by mi nie dała ...
Chodzi mi o przegraną w tym sensie, o jakim mówiłem już wczesniej. Że nie dopuściłeś mnie do zawodów. To jednak jest porażka. Bo co innego kiedy z kimś próbujemy, ale nie wychodzi. A co innego kiedy w ogóle nie mam okazji, żeby spróbować. To jest ta gorsza sytuacja, bo idzie z nią komunikat "Twoja oferta nie jest wystarczająco atrakcyjna". Albo, kontynuując metaforykę sportową "Jesteś zbyt kiepskim zawodnikiem, żeby przejść kwalifikacje". ...
Ja wiem, że tak naprawdę nie wiem czego szukam u chłopaków. Bo jeślli próbuję dobrac na podstwie wymagań, które znam to okazuje sie że nic z tego nie wychodzi. Że czegoś brakuje, czasem nawet całkiem dużo. A najlepiej trafiam wtedy, kiedy wcale się tego nie spodziewam tak bardzo. Czego mamy teraz najlepszy przykład. ...
Po naszym pierwszym spotkaniu wcale nie planowałem niewiadomo czego. Byłeś wystarczająco fajny, zebym przestał sobie ciągle zawracać głowę poprzednim chłopakiem, ale absolutnie nie wychodziłem planami poza wspólne wyjście na piwo, spacer czy tego typu rzeczy. A kiedy zacząłem uważać, że jesteś znacznie więcej niż "fajny", zrobiłem stały numer. Zaangażowałem się emocjonalnie bez pokrycia. ...
Taki skok na główkę do basenu bez wody ...
W każdym razie wystarczająco długo żebym sam z siebie zorientował sie że moje uczucie nie zostanie odwzajemnione ...
Mi też przykro. Zdecydowanie bardziej na pewno. Ale nie bierz tego do siebie. Obaj dobrze wiemy, że nic nie poradzisz. Ani ja. Tak to cholerstwo działa niestety. ...
Kurcze, powinniśmy być naprawdę dobrymi przyjaciółmi. Dwóch inteligentnych facetów z pogmatwanym życiem uczuciowym, pomagających sobie nawzajem radzić z tym cholerstwem. Gdyby nie ten jeden mały szczegół, że moje pogmatwanie składa się w znacznej mierze z ciebie. ...
To będzie strasznie wredne co teraz powiem. Ale świadomość, że tobie też nie idzie tak jak byś chciał, powoduje że trochę mi lżej... Bo sytuacja kiedy ja się tu nurzam w otchłani rozpaczy, a ty w tym czasie sikasz ze szczęścia, byłaby już w ogóle nie do zniesienia. Musisz mi wybaczyć takie małe schadenfreude ...
Pomyśl ile mógłbyś sie nauczyć gdybyś miał mnie na stałe. W ekonomii to sie nazywa koszt utraconych możliwości ...
Bardzo dziękuję, że ze mną tak długo rozmawiasz. I że nie jest to tylko kurtuazyjna gadka, jaką przypuszczam że uskuteczniałoby większość facetów. ...
Wiesz, pomimo że jesteś mimowolnym sprawcą mojego niezbyt-kurwa-fiołkowego nastroju, jest coś z czego sie bardzo cieszę. Cieszę się, że dobrze cię oceniłem i że moje zaufanie, o którym mówiłem na początku, okazało się całkowicie uzasadnione. Nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z chłopaków których znam, potrafił się tak porządnie i dojrzale zachować w tej sytuacji. Normalnie skończyłoby się u mnie na wielkiej kłótni i nieodzywaniu się do siebie do końca życia co najmniej. ...
No i mimo wszystko jest w tym taka mała satysfakcja, że może i nie wyszło, ale przynajmniej dobrze wybrałem. Jak już mieć złamane serce, to przynajmniej facet powinien być tego warty. ...
Ale nie mogę wykluczyć, ze jak się następnym razem zobaczymy to mi chwilowo wróci zestaw niepożądanych emocji. Wymiana ciągów alfanumerycznych to jedno, ale interakcja z video i audio i w dodatku live, to zupełnie inna jakość. ...
Będę smutny i zgryźliwo-smęcący. I pewnie trochę sobie popłaczę w kąciku ...
Zresztą powiem ci, że przez ciebie (dzieki tobie?) płaczę pierwszy raz od nie wiem ilu lat. Tak próbuję policzyc i wychodzi mi że gdzieś tak pierwszy raz od ośmiu lat. Czyli chyba pierwszy raz jako dorosły facet. ...
I nawet nie mogę zaproponować, że sobie na piwo pójdziemy. Bo z mojej strony to jednak jeszcze długo nie będzie po prostu wyjście na piwo... ...
Wczoraj wydawało mi się, że lepsza pewność na "Nie" niż niepewność. Teraz wcale nie jestem już tego pewien. ...
Jakie to idiotyczne, że najbardziej musiałem się zakochać akurat w kimś, kto kompletnie mnie nie chce... ... ...
A najgorsze, że ja mimo wszystko zachowuję resztki rozsądku. I na przykład nie potrafię być na niego zły w tej sytuacji. Bo przeciez dobrze wiem, że to nie jest niczyja wina. Ani jego, ani moja. Nie możesz postanowić, ze stracisz dla kogoś głowę. i niestety nie możesz tez postanowić, ze ją odzyskasz. ...
miłość, życie i tego typu bzdury ... ... ...
ale mimo wszystko cholernie mi smutno. idę popłakać w poduszkę
Nie wiem co myślę. To dziwne uczucie. Wyjaśniłbym co mi siedzi pod czaszką, ale za bardzo to wszystko splątane, dynamiczne i niejednoznaczne. Muszę się z tym przespać...
Ale uważam, że ogólny kierunek jest dobry. Odzyskuję kontrolę, zdrowy rozsądek i wiarę w siebie. Dobre samopoczucie w zasadzie już wróciło. Najwyraźniej najlepiej funkcjonuję w sytuacjach kryzysowych.
Szkoda tylko, że się czymś wczoraj strułem i ciągle mi niedobrze, a jak wstaję to mam zawroty głowy. No i wyrzynająca się ósemka daje mi się trochę we znaki. A lekarka zapomniała wypisać obiecane recepty, więc chwilowo jestem bez tabletek :]
Ale i tak uważam, że będzie dobrze. To oczywiscie nie musi znaczyć, że rzeczywiscie będzie. Mój osąd własnego stanu bywa niewłaściwy. Ale nie zamierzam pozbawiać się nadziei, nawet jeśli często jest pierwszym krokiem do rozczarowania ;)
Przepraszam te kilka ważnych dla mnie osób, ze jestem ostatnio trudny do zniesienia. Myślę, że już wszystko wraca do normy. I można ze mną rozmawiać bez obawy, ze odgryzę komuś głowę :D Albo ześlizgnę się z parapetu ;)